„Dziewczyna z jeziora”, to druga książka spod pióra Joanny Parasiewicz, która mnie oczarowała. Po niesamowitej „Dziewczynie z sierocińca” autorka wraca na scenę z kolejną cudownie skonstruowaną powieścią i udowadnia, że jest niezastąpiona w kreowaniu międzygatunkowych historii owianych nutką niepokoju. W swojej najnowszej książce autorka ponownie cofa się do czasów II Wojny Światowej i przedstawia mrok skrywający się nie tylko w mazurskich lasach, ale i ludzkich sercach. Narracja Parasiewicz nie należy do łatwych. Liczne rozdziały opowiedziane z różnych perspektyw zostały osadzone w odległych ramach czasowych i napakowane są pozornie niepowiązanymi ze sobą wydarzeniami.
/Współpraca patronacka z @wydawnictwomando/


„Dziewczyna z jeziora” nie jest kolejnym thrillerem, czy kryminałem, w którym narracja jest schematyczna, dynamiczna, a zakończenie zamyka pole do interpretacji. Autorka postawiła tu na emocjonalność i oniryzm, które wychodzą na front i przejmują dominację, choć wątek detektywistyczny jest również szalenie ciekawy i angażujący. Proza Parasiewicz momentami skręca w kierunku powieści grozy, a sama stylistyka dorównuje literaturze pięknej. Sielska sceneria mazurskich lasów staje się areną, na której dochodzi do niepokojących zjawisk, naznaczonych tragiczną historią. Granica między rzeczywistością, a wyobrażeniami coraz bardziej się rozmywa, co daje całości onirystycznego wydźwięku.


Odkrywanie sekretów zatopionych w tafli jeziora i kroczenie za zjawiskową rusałką sprawia wrażenie baśniowości o wysoce mrocznym zabarwieniu. Między wersami słychać szept przestrzegający przed wkroczeniem do lasu, lecz wewnętrzny głos każe nam postępować odwrotnie. Demoniczna opowieść, w której mgła spowijająca leśne ostępy kryje przed czytelnikiem legendę i kusi, by podążać śladem złowieszczych żółtych wstążeczek.





