Dzieci nie widziały świata. Nigdy, nawet przez okno. Przez cztery lata wychowywała je na uboczu, z dala od wzroku nieznajomych. Chroniąc ich przed widokiem
T
E
G
O.
Współpraca ambasadorska @wydawnictwoakurat

Gdy Malorie zaszła w ciążę, TO się zaczynało panoszyć i odciskać piętno na życiach niczego nieświadomych ludzi. Rozprzestrzeniało się, choć nikt nie widział, czym jest. Nagłe ataki spowodowane widokiem czegoś. Śmi3rtelne w skutkach, drastyczne w egzekucji. Ofiary widziały coś niesprecyzowanego, po czym odbierały sobie życie w sposób brut4lny. Liczba narastających incydentów w ramach „raportu rosyjskiego” obejmuje najokrutniejsze zdarzenia samodestrukcji. Starsi ludzie, p0wiesili się na drzewie na własnych paskach… gdzieś indziej znaleziono kobietę z nożycami wbitymi w pierś. W pełni zrównoważona matka poch0wała żywcem własne dzieci w przydomowym ogrodzie, a następnie p0dcięła żyły potłuczonymi talerzami.
Doniesienia o niewytłumaczalnych incydentach napływają falami, pojawiają się coraz częściej. Niewyjaśnione ataki agresji zaczynają przejmować mapę świata niczym wirus. Problemem jest widok CZEGOŚ, jednak nikt nie wie, czym owy twór jest – czy to istota pozaziemska, zwierzę, potwór, sama idea, a może całkowicie ludzki byt. Świadomość niebezpieczeństwa czającego się zewsząd, o niesprecyzowanej wizualizacji, pochodzeniu, jak również jej fatalistyczny wpływ na ludzką rasę doprowadza do paniki. Ciężko unikać niebezpieczeństwa, gdy nie zna się jego natury.

Dla pewności – nie patrz, pod żadnym pozorem nie otwieraj oczu!
Droga jest pusta, każdy mijany dom ma okna zasłonięte kocami lub zabite deskami. Żywej duszy w sklepach, parkach, na stacjach paliw. Wizja postapokaliptycznego miasta, pochłoniętego wirusem powodującego samozniszczenie. „Nie otwieraj oczu” Josha Malermana, to mroczna historia o tym, jak w obliczu niebezpieczeństwa jesteśmy zmuszeni postawić wszystko na jedną kartę. Spiąć się i wyostrzyć zmysły. Czasem zaufać innym ludziom, niekoniecznie wartym powierzonego zaufania. Zawierzyć im dobrym intencjom, pomóc – choć mogą zesłać na nas spustoszenie.

Opowieść Malorie poznajemy w ramach dwóch okresów – gdy dowiedziała się o ciąży, a świat dopiero zaczynała pochłaniać panika oraz cztery lata później, podczas przeprawy przez rzekę z dwójką dzieci. Czteroletni chłopiec i dziewczynka bez wątpienia wprowadzają w tej historii ogromny ładunek emocjonalny, a samozaparcie Malorie i jej wewnętrzna walka o utrzymanie dzieci przy życiu są co najmniej imponujące. Fenomenalna kreacja głównej bohaterki, jak również wszystkich postaci pobocznych nie pozwala przechodzić przez trudności na kartach powieści bezemocjonalnie. Malerman po raz kolejny pokazał, że potrafi snuć mrok między wersami, kreować przerażające zło, bez użycia konkretów, bezobrazowo. Choć ani razu nie nazwał istoty siejącej spustoszenie, ani nie opisał jej natury – cały czas była ona wyraźnie wyczuwalna, podążająca za bohaterami krok w krok. Nie mogę doczekać się kontynuacji, po którą będziemy mieli okazję sięgnąć już niebawem.
Polecam zarówno książkę, jak i adaptację filmową dostępną na Netflixie, choć książka zdecydowanie bardziej mnie poruszyła. Sceny na rzece dosłownie wywołały u mnie gęsią skórkę, a scena z porodu doprowadza do szału!

